codzienność Anki

Wpisy

  • wtorek, 25 lutego 2014
    • Prawie idealny dzień...

      Dziś do około godziny 13:00 sądziłam, że ten dzień będzie idealny. 

      Wstałam rano około godziny 9:30, zupełnie wyspana i wypoczęta. Nikt mi nie przeszkadzał bo mój mąż wstaje bezszelestnie, a jako że dziś dzieci miały lekcje od godziny 8:00 to on odwiózł je do szkoły jadąc do pracy. Wszystko pięknie i cudownie.

      Zjadłam sobie pyszne i pożywne śniadanie składające się z kajzerki posmarowanej majonezem, z plastrem szynki, pomidorem, mozzarellą i listkiem świeżej bazylii. Do tego gorąca, przepyszna kawa i świeża prasa.

      Dosłownie żyć nie umierać.

      Po śniadanie posprzątałam trochę mieszkanie, ale jako że nie było zbyt wiele do sprzątania to o godzinie 12:00 byłam już wolna i mogłam spokojnie zabrać się za obiad.

      Wstawiłam wszystko i usiadłam sobie na kanapie aby nie stać nad garnkami, bo po tym bolą mnie nogi.

      Cichy szmer radia, w kuchni gra gotowanie, przed domem śpiewają ptaszki... a ja zasypiam. 

      Obudził mnie potworny smród dochodzący z kuchni. Wszystko wykipiało i zalało mi kuchenkę, blat kuchenny i podłogę. 

      Szybko pochwyciłam garnek i postawiłam go w zlewie licząc, że nic więcej już nie zniszczę dziś. Niestety myliłam się... Gdy skończyłam myć na kolanach podłogę nie podnosząc się wrzuciłam ścierkę do zlewu. Pech chciał, że trafiłam prosto do garnka z zupą.

      Nie dość, że ubrudziłam wszystko to jeszcze zniszczyłam zupę niedługo przed przyjściem męża.

      Tak się kończy gotowanie kiedy człowiek myśli, że wszystko dzisiaj gra i nie trzeba się pilnować...

      Radze Wam nie sprawdzać tego na własnej skórze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Prawie idealny dzień...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pomaracza123
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 22:03
  • poniedziałek, 24 lutego 2014
    • Jak nabić sobie guza dwa razy w ciągu 5 minut?

      Zastanawiacie się pewnie jak niskie jest prawdopodobieństwo nabicia sobie dwóch przepotwornych guzów na czubku głowy dwa razy pod rząd w ciągu 5 minut... Otóż na pewno nie wynosi ono zera. Zdarzyła mi się ta sztuka w dni dzisiejszym podczas gdy wychodziłam rano z łazienki.

      Pierwsze zderzenie miało miejsce gdy wychodząc z łazienki stanęłam na czymś miękkim z zewnątrz, ale bardzo twardym w środku. Okazało się, że moja kochana córa zostawiła przy drzwiach swojego gumowego teletubisia.

      Stanęłam na niego, zabolała mnie noga i podskoczyłam natychmiast. Niestety, niefortunnie szarpnęłam głową i przywaliłam z całej siły z futrynę. Natychmiast zobaczyłam gwiazdki i zaliczyłam upadek na glebę.

      Nie myślcie sobie, że upadając nabiłam sobie kolejnego guza. To byłoby zbyt proste.

      Gdy tylko ocknęłam się, wstałam i ruszyłam w stronę apteczki aby poszukać czegoś przeciwbólowego. 

      Niestety, pech chciał, że jak schyliłam się do szuflady z lekami to zapomniałam, że wcześniej zaglądałam do wiszącej szafki. Zostawiłam ją otwartą i kiedy tylko wstawałam uderzyłam w nią głową.

      Efekt moich przygód: jeden uszkodzony teletubiś (oraz zdaniem mojej córki - smutne pozostałe teletubisie) oraz dwa wielkie guzy na głowie.

      Trzeba być zdolnym żeby coś takiego wykonać we własnym mieszkaniu.

      Mąż śmieje się już, że będzie musiał zamiast wynajmować opiekunkę dla dla dziecka wynająć opiekunkę, a raczej ochronę, dla mnie. Gra mi trochę na nerwach takim śmianiem się, ale w sumie... ma trochę racji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pomaracza123
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 lutego 2014 21:37
    • Początek!

      Witam was na moim nowym i jakże wspaniałym blogu. Powstał on tylko i wyłącznie w jednym celu. W celu opiewania mojej wielkości i wspaniałości. Nooo, może trochę przesadzam, ale jak to bywa w życiu rzadko kiedy wiadomo jak zacząć. Dotknęło to mnie i nie mam pomysłu na pierwszy wpis. Ogólnie blog będzie opowiadał o moim życiu i o tym co mi się w nim przytrafia.

      Przygoda na parkingu

      Gdy wstałam dziś rano z łóżka wiedziałam, że to będzie ciężki dzień. Zupełnie nic mi nie wychodziło i nic nie wskazywało na poprawę. 

      A czemu nic mi nie wychodziło? Oczywiście temu, że musiałam dziś jechać na rozmowę kwalifikacyjną.

      Zawsze gdy to robię to cały świat sypie mi się na głowę i mam mnóstwo problemów. Zaczęło się od samego wyjazdu spod domu. Jako że jestem typową kobietą to parkowanie samochodu idzie mi raczej topornie. Mądre przysłowie mówi: jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Nowoczesna wersja tego przysłowia powinna brzmieć: jak sobie zaparkujesz tak szybko sobie wyjedziesz... Wyjazd na główną drogę zajął mi jakieś pół godziny. 

      Spóźniona gnałam na złamanie karku i oczywiście fotoradar strzelił mi zdjęcie. Pozostaje teraz czekać na list i odłożyć kilka stówek na mandat.

      Gdy dojechałam na miejsce znów pojawił się problem zaparkowania samochodu. Oczywiście miejsca jak zwykle mało, a moje umiejętności manewrowania wołają o pomstę do nieba. Postawiłam więc samochód blokując inne i poleciałam do biura na rozmowę.

      Myślę, że rozmowa wyszła mi nawet nieźle ale obawiam się, że z tą pracą coś nie gra. Wszystko wydaje się zbyt piękne. Zarobki wysokie, czas pracy niski, dużo profitów i miła atmosfera. 

      Zobaczymy, może akurat to mi się uda. To byłaby miła odmiana po tylu problemach.

      Zapraszam do mnie ponownie :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pomaracza123
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 lutego 2014 00:02